images(pisane w sobotę, jeszcze przed kraksą Rafała Majki i innych)

W piłce nożnej od niedawna głośno o systemie VAR (Video Assistant Referee). Tu i tam, a nawet tamój, jak mawiają gwarą w moich wioskowych okolicach, system ma być wprowadzony podczas meczów piłkarskich. Sędzia główny będzie mógł skorzystać w pomocy zapisu wideo w kontrowersyjnych sytuacjach. Jest to ruch do przodu, bowiem od lat kilkunastu telewidzowie są na futbolowych spotkaniach znacznie lepiej poinformowani (powtórki, zbliżenia) niż główny arbiter. W innych sportach (siatkówka, tenis) podobne ustrojstwa już działają i pomagają zachować obiektywizm i sprawiedliwość w wielu przypadkach. Sędziowie kolarscy od dawna już mogą korzystać z tego prostego cudu techniki. W trudnych momentach decyzji – kto na przykład wygrał, można a nawet trzeba sięgnąć po komputerowy zapis finiszu. Tak było ostatnio na Tour de France, kiedy o zwycięstwie Niemca Marcela Kittela decydowały trzy dziesięciotysięczne sekundy, czyli 6 milimetrów. Piksele to obiektywnie obliczyły, choć bawienie się w tym przypadku w aptekarską dokładność nieco mija się z celem i sportowym duchem walki. Panowie Kittel i Norweg Edvald Boasson Hagen powinni zostać uznani jako dwaj zwycięzcy i tyle, skoro w kolarstwie wszystko zaokrągla się góra do sekund i tylko w jeździe na czas występują setne sekundy. A więc śmiało można powiedzieć, że na mecie 7. etapu w Nuits-Saint-Georges na nosach arbitrów zawisły nie tyle okulary, co szkła powiększające. Pewnie dyrekcja Tour de France dostarczyła ów sprzęt komisji po decyzjach sprzed kilku dni, kiedy w Vittel sędzia główny Philippe Marien i  spółka wyrzucili z wyścigu Petera Sagana. Podejrzewam, że wtedy zapisy wideo oglądali w goglach bądź w opaskach à la Jurand ze Spychowa ze sceny („Krzyżacy”) uwolnienia Zygfryda de Löwe’a. Prawie cały kolarski świat widział co innego niż szanowna komisja. Bo ów finisz trzeba było obejrzeć kilka razy, klatka po klatce i z różnych ujęć. Najbardziej charakterystyczna była zmiana stanowiska innego sprintera, Andre Greipela. Na gorąco Niemiec najechał na Sagana, a wieczorem go przeprosił za pochopną reakcję. Efekt tego zamieszania jest taki, że teraz wiele osób doszukuje się w owej decyzji nie tyle błędu, co jakichś zakulisowych działań. Kolarscy sędziowie od czasu do czasu zaliczają efektowne wpadki, pomimo VAR-ów i innych bajerów. Tak na szybko przychodzi mi do głowy decyzja z TDF’97, kiedy zdyskwalifikowano słaniających się ze zmęczenia Barta Voskampa i Jensa Heppnera, a triumfatorem ogłoszono trzeciego na kresce Mario Traversoniego. Saganowi ewidentnie zrobiono krzywdę. Życie to nie jest jednak powieść ani film. Żadna z fanek Słowaka nie miała możliwości zarzucenia mu białej nałęczki z okrzykiem „mój ci jest”. W związku z tym Piotr z Żyliny pojechał do domu bez pawich piór, a nawet, co gorsza, bez zielonej koszulki.