dumoGiro, giro się skończyło. Zacząłem tak po „częstochowsku”, bo dalej będzie poezja klasyczna, a przynajmniej autor, tym razem Aleksander Fredro, ten od „Zemsty” i – ponoć – „XIII Księgi Pana Tadeusza”. „Zemstę” czytało się w szkole, 13. księgę raczej pod pierzyną. Jestem i tak dumny, bo pierwsze zdanie felietonu nie zaczyna się od wersu „100. edycja Giro d’Italia przeszła do historii”, co pewnie w wielu miejscach przeczytacie. Holender Tom Dumoulin też jest wrogiem historii, bo po 16. etapie do Bormio przyznał, że nie chce być zapamiętany, jako ten, który na trasie wyścigu musiał zatrzymywać się „za większą potrzebą”. A czy zostanie zapamiętany jako ten, który stracił różową koszulkę, miał okresy rozmaitych słabości, a mimo to wygrał, to już przeczytacie w innym miejscu. Ja wracam do Fredry. Otóż mam wrażenie, nieodparte zresztą, że oglądając zawody sportowe, a konkretnie kolarstwo, a konkretnie 100. Giro d’Italia sami nie wiemy, czego chcemy. Chodzi mi o rywalizację. Tu i ówdzie można przeczytać, że kolarze są teraz słabi, jadą kunktatorsko, nie atakują, oglądają się na rywali, a kiedyś jak taki jeden z drugim mistrzem przyspieszyli, to zrywali rywali z koła, wygrywali etapy i wyścig już w połowie ścigania się dookoła Włoch, Francji czy Hiszpanii. Teraz nagle jest inaczej. Różnice niewielkie, kilku kandydatów do zwycięstwa, do podium, wszystko rozstrzyga się na ostatnim etapie. Herosi nie okazują się nadludźmi, a podczas trzech tygodni okazują słabości. Po przejechaniu trzech tysięcy kilometrów są zmęczeni, fizycznie i psychicznie. O zwycięstwie czy porażce decydują szczegóły. Zła taktyka i choćby – czy Domoulin chce czy nie chce – jakieś chwilowe niedyspozycje. No to tak szczerze, zastanówmy się co wolimy? Rywalizację sztucznie nadmuchanych liderów, czy walkę do końca nie tylko z rywalami, ale i z samym sobą. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie podłożę reki pod topór, gdybym miał zaświadczać, że dziś bohaterowie są kompletnie czyści, ale jeśli są brudni, to są brudni inaczej, bardziej wiarygodni. Niektórzy jednak komentatorzy, kibice, obserwatorzy, dziennikarze, jakby niechcący tęsknią do czasów, kiedy w wyścigach mieliśmy „nadkolarzy”. I paradoksalnie wywierają presję, nęcą by sięgać po to, gdzie wzrok sięgać nie powinien. Mój wybór jest prosty, wolę tych zmęczonych, nawet przegranych. A niezdecydowanym polecam Fredrę właśnie i bajkę o osiołku.

Osiołkowi w żłoby dano, w jeden owies, w drugi siano.

Uchem strzyże, głową kręci. I to pachnie, i to nęci.

Od którego teraz zacznie, aby sobie podjeść smacznie?

Trudny wybór, trudna zgoda – chwyci siano, owsa szkoda,

Chwyci owies, żal mu siana. I tak stoi aż do rana,

A od rana do wieczora; aż nareszcie przyszła pora,

Że oślina pośród jadła – z głodu padła.