prubeKiedy jeszcze na świecie nie było komputerów i komórek można było się pobawić w piekło-niebo. Kartka papieru, kolorowe kredki, kilka ruchów i zabawka była gotowa. Przy odpowiednim ruchu palcami raz pokazywało się piekło, raz niebo. Piekło i niebo w formie zabawki już jest passé, ale w przestrzeni publicznej nadal istnieje. Wiadomo powszechnie, że za dobre uczynki idzie się do nieba, a źli ludzie będą się na wieki smażyć w piekle. Kolarze pewnie też, choć oni swoje piekło na ziemi mają w wyścigu Paryż – Roubaix. Przydomek ścigania się po brukach „Piekło Północy” nie wziął się tylko i wyłącznie z powodu trudności tej imprezy. To określenie zaczęło funkcjonować po I Wojnie Światowej, gdy zawodnikom przyszło walczyć wśród ruin. Teraz domy po drodze stoją jak należy, bruki staraniem miłośników i organizatorów pozostały, a piekło jest piekłem ze względu na wyjątkową, niepowtarzalną trasę na północy Francji. Ponad 260 kilometrów z czego ponad 50 po kocich łbach w kurzu, piachu i znoju. Dwustu kolarzy przeżywa piekło, ale przynajmniej jeden z nich na mecie na starym welodromie w Roubaix ma szansę być w niebie, może nawet siódmym. W niedzielę był to mistrz olimpijski z Rio de Janeiro, Belg Greg van Avermaet, który w tym roku triumfuje prawie seryjnie tam, gdzie startuje. Trudną sztuką jest wygrać ten piekielne trudny wyścig po raz pierwszy w karierze, w dodatku stojąc na stracie w Compiegne (bo nie, wbrew nazwie, w Paryżu) w roli faworyta. W mieście, gdzie Hitler zrewanżował się Francuzom za akt kapitulacji kończący I Wojnę Światową, bo zmusił ich do podpisania w tym samym wagonie po 22 latach zawieszenia broni oznaczającego klęskę Francji. Van Avermaet miał w sumie jeszcze jeden problem. Toma Boonena. Jego rodak wygrywał Roubaix cztery razy i w niedzielę żegnał się nie tylko z „Piekłem Północy” ale również z karierą kolarską. Na deser miał wygrać, po raz piąty, co nikomu dotychczas się nie udało. Media, głównie belgijskie, rozpętały niezłą akcję wokół tego wydarzenia, więc miałem wrażenie, że „Tommeke” ma już ten sukces w kieszeni. To samo wrażenie towarzyszy, już w naszym ujęciu, że Robert Lewandowski w każdym meczu musi strzelić bramkę (niebo), a Kamil Stoch wygrać każdy narciarki konkurs skoków (niebo). Jeśli tak się nie dzieje, to mogą trafić znacznie niżej. Gdzie? Do piekła, medialnego rzecz jasna. Boonen dał sobie radę z tym egzystencjalnym problem. Był widoczny na trasie, walczył, pożegnał się godnie aczkolwiek nie wygrał. Ognie piekielne poparzyły innych, choćby Petera Sagana, który dwa razy w kluczowych momentach miał defekt. Oczywiście za tydzień, dwa sytuacja może być odwrotna, bo na tym polega sport, piłka nożna, kolarstwo i zabawa w piekło-niebo. Jak dla mnie Lewandowski nie musi strzelić Realowi, a Van Avermaet wygrać z Michałem Kwiatkowskim w Amstel Gold Race.