0006F4W017W1EXIQ-C122-F4No mleko się rozlało. Dziennikarze, działacze, a pod ich wpływem kibice przyznali Kamilowi Stochowi medal, a nawet chyba dwa (Kot? Żyła?) już przed rozpoczęciem mistrzostw świata w Lahti, a tymczasem wyszło jak zawsze, czyli skończyło się na czwartym, piątym miejscu. Na razie na skoczni normalnej, jak słyszę, więc mam nadzieję, że na skoczni nienormalnej będzie lepiej, czyli normalnie. Dowiedziałem się też po niewczasie, iż w sprawę przyznanego już medalu, najlepiej złotego, nie byli wciągnięci sędziowie. To poważny błąd, że ich o tym już przydzielonym medalu nie poinformowano. W związku z tym arbiter z Japonii omyłkowo odejmował Kamilowi punkty, co moim zdaniem wiąże się z tym, że nie czytał polskich gazet i nie surfował po polskich stronach internetowych. Być może do Finlandii leciał via Berlin, Frankfurt, więc siłą rzeczy był pod wpływem wrogich niemieckich mediów, stąd przekonanie, że jednak medale z góry należą się Niemcom czy Austriakom, a nie Polakom akurat. Polski sędzia też się przyznał, że dobrze nie widzi, że ma na mało czasu na podjęcie decyzji, że mu maszynka nerwowo pika i tym swoim zeznaniem potwierdził niechcący, że sędziowanie w skokach narciarskich jest zupełnie bez sensu. Co innego wiatr wiejący pod narty lub w plecy. Ten jest przynajmniej obiektywny, bo tylko Sowieci opanowali w 1980 roku podczas igrzysk na Łużnikach prostą metodę zamykania i otwierania bram na przykład podczas konkursu rzutu oszczepem, w związku z czym Dainis Kula (wtedy ZSRR, później Łotwa) dostawał wiatr pod narty, przepraszam pod oszczep, co zaowocowało złotym medalem. W dawnych czasach razem z moim bratem Piotrem organizowaliśmy sobie domowe zawody w skokach narciarskich. Były to lata 60., czasy Józefa Przybyły mówiąc w skrócie. I proszę sobie wyobrazić, że mieliśmy również noty za styl. Skoczkami były klocki, które wówczas zwały się „mały budowniczy”, czyli gorsze wydanie dzisiejszych lego. Nota uzależniona była od faktu, w jaki sposób narciarz (sklejony z dwóch klocków) zatrzyma się na końcu papierowego zeskoku. Brat, jako starszy, miał oczywiście dziecięce prawo wyboru lepszych, nowszych klocków, stąd zawsze dostawał lepsze noty, nie mówiąc już o odległościach. Nie protestowałem, bo oczywiście Piotrek (też prawo starszeństwa) miał pod opieką polskich skoczków, a ja na przykład enerdowskich czy radzieckich (z tych lubiłem tylko Kobę Cakadze, o którym pamiętał np. Włodek Szaranowicz), więc w sumie byłem zadowolony, że nasi (brata) wygrywają z rywalami. Niestety wówczas nie stosowaliśmy przeliczników wiatrowych, ale znając pomysłowość Piotrka, to pewnie w ruch poszłaby mamina suszarka. Tylko czy wtedy były już suszarki? Tak, czy inaczej, wracając do sędziów narciarskich, to mam propozycję aby owa piątka była losowana spośród publiczności. Będzie przynajmniej zabawnie, a i tak wyjdzie normalnie.