xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDoping, ten zabroniony, jest jak katar. Czy leczony, czy nie leczony trwa wiecznie. Pamiętam też inne porównanie, kiedy jeszcze w poprzednim wieku i w innej rzeczywistości kraje naszego wspaniałego obozu socjalistycznego walczyły o pokój. Aż się wreszcie ktoś zorientował, że to bez sensu, by o pokój walczyć i wtedy nastała nowa era i kraje KDL zniknęły jak sen złoty. Zniknęła też Niemiecka Republika Demokratyczna, gdzie ów doping w sporcie był państwowym przemysłem. Choć swoją drogą NRD mogła komuś nieświadomemu kojarzyć się z czymś pozytywnym. Bo NRD była dobra (to „D”), a RFN (wcześniej NRF) „fstrętna” – tak przynajmniej starano się mnie indoktrynować w pierwszych klasach szkoły podstawowej. Nie dałem się! Teraz wstrętny jest państwowy doping w Rosji. W środowisku na przykład biathlonowym trochę wrze z tego powodu. Działacze, jak to działacze, dla dobra dyscypliny pragną nieco śmieci zamieść pod dywan. Na listach subskrypcyjnych są dziesiątki biathlonistów z Rosji. Padały jakieś nazwiska, miały być zawieszenia, ale jakoś nic specjalnego się nie dzieje. I otóż w swoje ręce wstydliwy temat biorą sami sportowcy. Najpierw grozili bojkotem zawodów Pucharu Świata w Rosji, co spowodowało, że Tjumień sam się wycofał z organizacji PŚ. Sukces dużo większy niż na przykład blokada mównicy czy fotela szefa IBU (związek biathlonowy), pana Besseberga (gdyby do takiej doszło). Ostatnio silna grupa pod wezwaniem Martina Fourcade’a i Gabrieli Koukalovej wystosowała do władz IBU list-petycję z propozycją zaostrzenia kar za wpadki dopingowe. Podpisała cała biathlonowa rodzina z wyjątkiem – co ciekawe – Norwegów (i pewnie Rosjan). Z grona Wikingów wyłamał się król biathlonowy Ole Einar Bjoerndalen. On podpisał, reszta jego rodaków nie. I teraz nasuwa się pytanie, czy pozostali nieco lękają się prezydenta IBU, który jest przecież Norwegiem, a może chcą być lojalni wobec rodaka? Czy czasem coś jest innego na rzeczy? Nie będę tu przypominał innych norweskich wpadek w biegach narciarskich bez karabinu, czy snuł podejrzenia na temat ciągłych chorób i niedyspozycji czołowych zawodników i zawodniczek z kraju fiordów. Dobrze się jednak dzieje, że do sprzątania tej stajni Augiasza biorą się sami sportowcy, nie czekając na przybycie mitycznego Heraklesa. Ba, i w biathlonie czynią to z własnej i nie przymuszonej woli, bo przecież Lance’a Armstonga finalnie sypnęli też kolarscy koledzy, ale jednak stojąc pod pręgierzem kar za krzywoprzysięstwo. Oczywiście wiara, że może istnieć sport bez dopingu jest z gatunku tych niespełniających się, ale zawsze popierać trzeba tych, którzy chcą coś w tej sprawie zrobić. A i tak większość z nas kibiców, komentatorów doskonale wie kto jest na bakier z przepisami, bo mówią o tym niespodziewane wyniki, tylko – niestety – brakuje dowodów. Nawet „fstrętnych” dowodów.