Fot. Polskie Radio

Fot. Polskie Radio

Nie ukrywam, że będąc człowiekiem nieco starszej daty, wolę sięgać po wydania książkowe niż – jeśli mam wybór – szperać po Internecie. Nic więc dziwnego, że obok biurka z laptopem stoi sobie solidna biblioteka, a w niej książki. Pod ręką – nazwijmy to dumnie – dział kolarski, a w nim większość publikacji to owoc pracy Bogdana Tuszyńskiego. Tak, kolarstwo polskiego miało to szczęście, że zmarły 1 stycznia 2017 roku redaktor-doktor Tuszyński udokumentował z kolarstwa (oczywiście nie tylko, bo także Jego dziełem są publikacje dotyczące prasy sportowej, radia, TV, polskich olimpijczyków itd.), co było tylko możliwe. Zanim na świecie pojawiła się sieć i z nią powiązane komputery pan Bogdan zafiszkował tak wiele wyników, sylwetek i faktów, że powstało z tego potężne archiwum wykorzystywane zresztą przez Autora wielokrotnie. A to nie była łatwa sprawa. Zwykle takie działania określa się mianem benedyktyńskiej pracy. Znalezienie danych w dobie Internetu jest proste. Ot, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę to, co potrzebujemy i na ekranie mamy potrzebne informacje. Dawniej trzeba było wertować gazety, papiery, komunikaty i przepisywać potrzebne rzeczy. Nie muszę dodawać, że wiele z tych ulotnych druków już zniknęło bezpowrotnie, tak jak dokładne wyniki dwóch czy trzech wyścigów Tour de Pologne z lat bodajże 50., bowiem przy kolejnych przeprowadzkach PZKol dokumenty sędziowskie gdzieś przepadły. Dzięki Tuszyńskiemu kilka instytucji mogło by już też zlikwidować archiwa, bowiem zasoby są utrwalone na kartach ponad 30 książek.

Pamiętam oczywiście radiowego Tuszyńskiego. Jego relacje z Wyścigu Pokoju i kultowe już „Halo, tu helikopter”. Wszędzie powtarzana anegdotka z pierwszym sekretarzem PZPR Edwardem Ochabem w roli głównej, który w rozmowie z red. Tuszyńskim (na żywo, a to było osiągnięcie!) raczył wzywać Boga na pomoc polskim kolarzom. W moich dawnych latach radio kojarzyło się przede wszystkim z dwoma osobistościami: Bohdanem Tomaszewskim i Bogdanem Tuszyńskim. Obaj zmarli już Panowie jakże inni (nie lubili się zresztą), z innymi życiorysami, z innym sposobem bycia, słownictwem, sposobem przekazywania relacji…  Tomaszewski – arystokrata, Tuszyński – z robotniczej Łodzi. To Oni w czasach mojej młodości tworzyli tę lepsza, kolorową, działającą na wyobraźnie otoczkę sportu i umieli to w sposób niekonwencjonalny przekazywać radiosłuchaczom. Teraz odchodzą, ale taka jest kolej rzeczy. Najważniejsze jednak, że zostaje po Nich pamięć i to niezależnie od faktu, że patrząc z dzisiejszej perspektywy („patriotycznej” – cudzysłów niezbędny) mieli na koncie różne grzeszki czy nawet – nie ukrywajmy  – grzechy. Jedno jest pewne. W czasach miałkiego dziennikarstwa, także – niestety – radiowego na pewno obaj panowie T. pozostaną legendami.