VST_RL_06Jak miałbym być złośliwy, sarkastyczny, obrazoburczy czy szyderczy (a ponoć to u mnie rodzinne), to napisałbym, że w przerwie pomiędzy Giro d’Italia a Tour de France odbędą się we Francji mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Oczywiście w czerwcu nie zabraknie na ekranach TV innych wyścigów, choćby Criterium du Dauphine (zapraszam) czy Tour de Suisse (mniej polecam), ale jestem pewien, że jak mówi klasyka – w tym miesiącu oczy wszystkich kibiców sportowych będą skierowane na francuskie Euro i Roberta Lewandowskiego. Zresztą na Roberta oczu kierować nie trzeba, bowiem wychodzi do nas z każdego zakątka reklamowego, w telewizji czy w mieście. Ktoś mądry już powiedział, że zatrudnianie „Lewego” jako twarzy mija się z celem, bo jest go po prostu za dużo i wszystkim się kiełbasi, co akurat poleca nasz napastnik. No, ale zleceniodawcy nie mają dużego wyboru, bo taki Sławomir Peszko mógłby reklamować tylko określone produkty. Dodam tylko, że szkoda tylko, że liczba reklam nie przekłada się na liczbę piłkarzy o podobnych umiejętnościach. Dziesięciu Lewandowskich plus bramkarz, to byłby dream team, niestety pozostający w sferze snów czy marzeń. Pod względem więc reklamowym, „pijarowskim” czy wizerunkowym nasza kadra prezentuje się wspaniale. Gorzej niestety już z grą, o czym rzadko donoszą sprawozdawcy. Cały czas niezmiennie uważam, że biało-czerwonym brakuje dobrego rozgrywającego, takiego w stylu Kazimierza Deyny, a nawet Janusza Kupcewicza czy Włodzimierza Ciołka. Wystarczy popatrzeć, jeśli ktoś nie pamięta, na dawne mecze z czasów mistrzostw w Niemczech, by docenić rolę jaką spełniał wówczas Deyna.

Szalenie więc dziwię, kiedy niektórzy komentatorzy widzą naszych w roli „czarnego konia” mistrzostw, przeznaczając dla piłkarzy Adama Nawałki miejsce w półfinale czy nawet finale. Niektórzy niepokorni optymiści, jak słyszałem, gotowi są nawet przyjmować zakłady. Sam uważam, że to, co określamy mianem „dmuchania balona” jest nie tylko prawem, ale i obowiązkiem sprawozdawcy sportowego. Z drugiej jednak strony zbyt wielkie, ponad miarę, rozbudzanie oczekiwań do niczego dobrego nie prowadzi, a powoduje tylko frustrację u mniej zorientowanych kibiców, zwanych nie wiadomo dlaczego „Januszami”. O ile można uznać, że awans z grupy byłby przyzwoitością, to już kolejne zdobyte stopnie byłyby wielkim sukcesem. Nie zamierzam tutaj krakać, ale staram się patrzeć realnie na możliwości naszych futbolistów. Zawsze można się ze mną nie zgodzić, bo w końcu jestem specjalistą od kolarstwa i biathlonu, ale podobno na piłce nożnej znają się w Polsce wszyscy, więc moja skromna osoba zalicza się też do tego zbioru, zwłaszcza że pierwsze sprawozdanie piłkarskie napisałem w roku 1983, bodajże z meczu ŁKS – Szombierki.