maxresdefaultNie wierzę w tę aferę, ale gdyby wszystko, co niedawno napisała szanująca się przecież paryska „L’Equipe” okazało się prawda, to kolarski peleton czekałoby kolejne trzęsienie ziemi. Chodzi o silniczki w rowerach, które – mówiąc w skrócie – mają wspomagać pedałowanie. Sprawa nie jest nowa, bo nieudane dziennikarskie śledztwo w sprawie genialnych przyspieszeń Fabiana Cancellary podczas wyścigów brukowanych w 2010 roku zakończyło się fiaskiem. Później garść podejrzeń do kolarskiej piaskownicy podrzucił rower Rydera Hesjedala podczas ubiegłorocznej Vuelty. Kanadyjczyk leżał na asfalcie po upadku, a koło w jego biednym rowerze kręciło się i kręciło. Wideo z tego zdarzenia zrobiło karierę  w sieci, ale twardych dowodów w sprawie przeciwko silniczkom nie znaleziono. Jednak od pewnego czasu komisarze UCI skanują wybrane rowery na mecie poszczególnych etapów. Podobnie jak z testami dopingowymi nikt nie może być pewien, że zostanie wytypowany do rzeczonej kontroli. O ile w sprawie Cancellary sugerowano, że akumulatorek miał mieć umieszczony w ramie, to teraz pojawiły się sugestie, że „to coś” zamontowane jest w piaście tylnego koła. Na cenzurowanym jest Alberto Contador. Podczas Giro d’Italia zdarzyły się dwa inkryminowane momenty. Hiszpan zatrzymał się i zmienił rower przed Abetone, podjazdem kończącym 5. etap, a także na 16. odcinku, kiedy zdemolował rywali na przełęczy Mortirolo. Zwycięzca wyścigu tłumaczył, że pierwszy przypadek był zamierzoną zmianą sprzętu, bardziej odpowiedniego do wspinaczki, natomiast za drugim razem po prostu przebił gumę i kolega z ekipy, Ivan Basso oddał mu swoje koło. Tymczasem Basso ponoć założył owo „lewe” koło Contadora i pojechał dalej nie czekając na pomoc techniczną. Choć później prezentowany był w sieci gwóźdź z koła „El Pistolero”, to wątpliwości pozostały. Kto? Po co? Dlaczego? Komentarze nie milkną. Greg Lemond i Mario Cipollini uważają, że UCI powinna zabronić zmian rowerów, jeśli nie ma on poważnych uszkodzeń mechanicznych. No dobrze, ale kto będzie podejmował decyzję w zakresie podobnych defektów? Uważam, że afera jest nieco dęta, bowiem gdyby silniczki istniały, to inni kolarze sami donieśliby na podobnych prekursorów, bo w tym przypadku omerta nie powinna działać tak, jak przy zabronionym dopingu, a ponadto zamiast skanować rowery na mecie, powinno badać się je podczas jazdy kamera termowizyjną. Silniczek musi przecież wytwarzać ciepło. I tyle.