Staszek Szozda uciekł z kolarskiego peletonu. Dołączył do czołówki po tamtej stronie życia. Czy to niebo, czy piekło? A kto to wie? Może raczej… powiedzmy, Kraina Wiecznych Wyścigów i już. W każdym razie Staszka nie ma już z nami. Nie był moim bohaterem kapsli, bo w latach 70. byłem już za stary na siedzenie w piaskownicy. No ale Wyścig Pokoju obowiązkowo oglądałem. Co pamiętam? Oczywiście najbardziej kultową scenę z 1974 roku ze stadionu bodajże w Zielonej Górze, gdy  Szozdę wyprzedził Walerij Lichaczew. W sposób, dodajmy, problematyczny. Nie żyjący już też Andrzej Koziorowski z TVP zapytał o finisz właśnie Staszka. Szozda wspomniał coś w stylu, że z bandytami rywalizować się nie da. Na to przestraszony reporter przerwał kolarzowi stękając, że zawodnik jest bardzo zmęczony…

Pamiętam też Staszka z Wyścigu Pokoju. To był rok 1987. Pracowałem w „Przeglądzie Sportowym”, a Szozda opiekował się ekipą USA. Był tam wszystkim – mechanikiem, maserem, kierowcą (żółty fiat 125p), przewodnikiem, no i jeszcze miał czas na wieczorne rozmowy w dziennikarzami. Najbardziej utkwiły mi w pamięci opowieści o tym, jak Szozda przygotowywał się stadionowych finiszów. – Jak była już znana trasa, to jechałem na każdy nasz stadion – opowiadał. – Ubierałem kilka par dresów i trenowałem wjazdy. Kilkanaście razy leżałem na żużlu, aż wreszcie znalazłem najlepszy tor wjazdu.

Ot, takie dwa wspomnienia o Wielkim Kolarzu. Szkoda, że w ostatnich latach dość rzadko dołączał do gwiazd z dawnych lat.

Żegnaj Staszku! I karierę i życie skończyłeś na wcześnie!